REKLAMA
Strona główna / Aktualności / Krosno / Krośnieński „Wyszynk” to lokal z ponad 100-letnią tradycją!

Krośnieński „Wyszynk” to lokal z ponad 100-letnią tradycją!

Galeria "Zawodzie", mieszcząca się przy ul. Okrzei, to jeden z nowszych obiektów w mieście. W dolnej jej części znajduje się restauracja "Wyszynk". Lokal swoją tradycją nawiązuje do czasów sprzed ponad 100 lat, gdy nie było jeszcze nie tylko galerii, ale i samego mostu prowadzącego do obecnej dzielnicy Zawodzie. Dziś przybliżamy tę historię!

Reklama

Pierwszy „Wyszynk” powstał jeszcze pod zaborem austriackim, w roku 1911. O tamtych czasach opowiada nam Wacław Krzanowski, były radny miasta Krosna, rodowity Krośnianin.

– Urodziłem się w 1945 roku, więc wcześniejszą historię znam tylko z rodzinnych opowiadań i dokumentów – zastrzega na wstępie. – „Wyszynk” powstał niejako wymuszony przez mieszkańców Zawodzia – mówi Pan Wacław Krzanowski.

Reklama

Działo się to w 1911 roku. Wielu mieszkańców obecnej dzielnicy Zawodzie, ale też z dalszych miejscowości, pracowało wtedy w tzw. „kawuery” przy produkcji wyrobów z gumy, w tym cholewiaków, które były bardzo potrzebne do pracy przy poszukiwaniach i wydobywaniu ropy naftowej. W tamtym czasie, wiele miejsc, w okolicy, gdzie prowadzono prace poszukiwawcze, było podmokłych.

– Idąc w teren, pracownicy zatrudnieni „przy ropie” przechodzili obok naszego rodzinnego domu, a babcia z dziadkiem przygotowywali im szynkę lub boczki. Przystając przy domu dziadków na rozmowę i szybką przekąskę, nalewali też sobie wódki – mówi Pan Wacław. – To był ich codzienny rytuał. Coś oczywistego i przez wszystkich oczekiwanego. Taki przystanek na trasie do lub z pracy – dodaje nasz rozmówca.

Budynek ówczesnego „Wyszynku” znajdował się w tym samym miejscu, co obecna galeria. Nie było jednak mostu. W pobliżu znajdowała się kładka nazywana „na starych pilotach”, prowadząca do ul. Zawodzie, która nie przebiegała tak jak obecna ul. Okrzei, a znajdowała się w miejscu, które obecnie jest z tyłu, za galerią. Kładka (ława) także nie była w miejscu dzisiejszego mostu.

W „Wyszynku”, na ścianach w restauracji, znajdują się reprodukcje dokumentów i fotografii z tamtych czasów. Widoczna jest na nich między innymi kładka, bród do przeprawy przez Wisłok, a także plan dawnego „Wyszynku”. Są to nie tylko pamiątki z dawnych lat, ale historia miejsca i ludzi, którzy tworzyli ówczesny „Wyszynk”. A jaki był?

Był to drewniany budynek, składający się z dwóch części – wyższej i niższej. W części niższej znajdowała się lada, czyli miejsce, gdzie podawano piwo i jadło. W części wyższej – Pani Józefa –  babcia Pana Wacława, organizowała natomiast wesela i okolicznościowe przyjęcia.

Klienci ówczesnego „Wyszynku” nie zawsze mieli jednak pieniądze na serwowane w lokalu trunki i jadło. Powód? Zakład pracy wypłacał im wynagrodzenie rozłożone na raty, trzy razy w miesiącu. Nie było to jednak przeszkodą ani dla właścicieli „Wyszynku” ani dla stałych bywalców tego lokalu, bo pod ladą był słynny zeszyt.

– W „Wyszyku” funkcjonował „zeszyt”. Jeżeli ktoś nie miał pieniędzy, to brał „na zeszyt”, a moi dziadkowie wpisywali, np. ile ukroił szynki i że wypił „byka”. Co to był ten „byk”? To była metalowa „dwusetka”, 200 gram wódki. Gdy dostawał wypłatę, to regulował kwoty z zeszytu. Nie zdarzyło się, żeby ktoś oszukał choćby na grosz! – mówi Wacław Krzanowski. – Ludzie byli bardzo sumienni, nawet jeżeli wypili dużo – podkreśla.

Lokal żył nie tylko dzięki robotnikom mijającym go w drodze do pracy i z pracy, ale też dzięki okolicznym handlarzom. W poniedziałki w Krośnie odbywał się targ. Od strony Spornego i Odrzykonia schodziło się wtedy do Krosna wielu ludzi. Część z nich przychodziła już dzień wcześniej, żeby od rana być na targu. Wielu spało w krzakach u ujścia Lubatówki do Wisłoka.

Pierwszym właścicielem „Wyszynku” był Franciszek Krzanowski (obywatel miasta Krosna i Członek Rady Miejskiej, zmarł 14 sierpnia 1922 roku), dziadek Wacława Krzanowskiego. Później przejęła go wdowa Józefa Krzanowska oraz brat, Stanisław Krzanowski. Była to firma rodzinna i pokoleniowa.

„Wyszynk” działał przez cały okres międzywojenny, a także pod niemiecką okupacją.

– Były to trudne czasy. Mój ojciec, Henryk Krzanowski, był żołnierzem gen. Kleeberga oraz żołnierzem AK. Musieli się poddać w widłach Wisły i Sanu, gdzie znaleźli się między Niemcami i Ruskimi. Ci, co złożyli broń Niemcom, szli do niemieckiego obozu, a ci co złożyli broń ruskim do rosyjskiej niewoli. Tych od razu rozstrzelano – opowiada Pan Wacław. Jego ojciec trafił do niemieckiej niewoli.

– Ojciec pracował przy stajni. Przyśniło mu się, że jest przybijany do krzyża. Gdy pytał innych co to znaczy, ktoś mu powiedział: „będziesz wybawiony”. I faktycznie, była tam życzliwa kucharka, która przygotowała im prowiant i uciekli. Uciekał przez Śląsk, w tym pomagała mu siostra, przemieszczał się w przebraniu, aż wreszcie dotarł do Krosna. Ale tutaj już były listy gończe. Na dworcu rozpoznał go „folksdojcz”, Węgrzyn się nazywał, który natychmiast chciał go zaprowadzić na gestapo.

– Po drodze trafił jednak na Robaczyńskiego, który widział, że Henryk jest poszukiwany i spróbował go uratować. Wykorzystał to, że Węgrzyn był pijusem i zaproponował im wódkę. Tyle, że ojcu nalewał wody. Jak wreszcie Węgrzyn spadł pod stół, to Robaczyński zaprowadził ojca do Dobrzańskiego (on miał sklep pod zamkiem), pod zamek i tam się ojciec ukrywał. Oczywiście przychodził tutaj, nieraz żeby pomóc, bo dziadek już nie żył. Babcia to wszystko utrzymywała – relacjonuje Wacław Krzanowski.

To jednak nie wszystko, szwagier Henryka Krzanowskiego, mieszkający na Śląsku, został tam zabity przez niemieckich konfidentów. – Utopili wujka w wannie, wtedy ciotka z małym dzieckiem przyjechała do babki do Krosna – opowiada.  

Jednym z dowodów działalności „Wyszynku” pod okupacją są listy Rózi Margulewskiej. Jak opowiada pan Wacław, kobieta (Żydówka) wraz z synem Jakubem, znalazła schronienie przed Niemcami na strychu budynku, w którym mieścił się „Wyszynk”. Bardzo możliwe, że przychodzący do lokalu Niemcy coś podejrzewali. Jeden z nich ostrzegł babcię Pana Wacława przed rewizją.

– Wtedy ojciec odprowadził ich do Jasła – opowiada Wacław Krzanowski. Rózia z synem przeżyli wojnę, przeprowadzili się do Izraela. – Ona żyła dość długo, mamy dziesięć takich listów z podziękowaniami, że mama ją tu przechowała, uratowała. Jakub pewnego razu przyjechał do Krosna w odwiedziny i robił zdjęcia – wspomina.

Ciekawa historia wiąże się też z kapliczką, która wisiała na pobliskiej lipie, a pochodziła prawdopodobnie z nieistniejącego już kościoła po drugiej stronie Wisłoka. Jeden z niemieckich żołnierzy upił się w „Wyszynku” i zaczął strzelać do tej kapliczki. Kapliczka została szybko zabrana z tego miejsca przez Henryka Krzanowskiego i do dzisiaj znajduje się na domu Krzanowskich, wraz z tkwiącą w niej kulą. Tu warto wspomnieć, że w miejscu ówczesnego „Wyszynku”, w XVII wieku miał stać niewielka chata z kamienia pokryta gontem, w której serwowano piwo i wysokoprocentowy alkohol.

Henryk Krzanowski po wojnie miał trudności ze znalezieniem pracy jako syn żołnierza wojny polsko-bolszewickiej, przedwojenny wojskowy, który na dodatek nie chciał zapisać się do partii. Przez jakiś czas pracował przy kopaniu dołów pod słupy. Dopiero po 1956 roku został kierownikiem zakładu w Sanoku.

Sam „Wyszynk”, jako „Piwiarnia” działał jeszcze po wojnie, do 1949 roku, na ile pozwalały ówczesne realia.

Podobna działalność wróciła w to miejsce dopiero po 2008 roku, to jest wraz z wybudowaniem Galerii „Zawodzie”. Wszystko wokół wygląda zupełnie inaczej, niż w początkach istnienia „Wyszynku”. Dzielnica rozbudowała się, nie ma dawnej „ulicy Zawodzie”, obecna ul. Okrzei przebiega w innym miejscu. Nie ma dawnej kładki, w latach 50. XX w. wybudowano most. Nie ma też dawnego budynku, bo to na jego miejscu wybudowano obecną galerię. W galerii powstał też lokal pełniący funkcję miejsca zabaw, spotkań i restauracji. Początkowo pod innymi nazwami i prowadzony przez innych przedsiębiorców, w ostatnich latach ponownie prowadzony przez krośnieńską rodzinę Krzanowskich, która wróciła do pierwotnej nazwy – „Wyszynk”.

O historii lokalu, znajdującego się obecnie pod adresem Okrzei 1, przypominają liczne reprodukcje dokumentów, planów i zdjęć, zdobiące ściany lokalu. Jeśli tam będziecie, warto przyglądnąć się, może zauważycie jakąś interesującą ciekawostkę?

Obecnie „Wyszynk” to restauracja z domowym jedzeniem kuchni polskiej i europejskiej, codziennymi lunchami, pizzeria, miejsce spotkań rodzin z pociechami. To również miejsce wydarzeń kulturalno-rozrywkowych, spotkań twórców, czy podróżników, miejsce koncertów i wydarzeń tanecznych. „Wyszynk” organizuje również spotkania biznesowe dla firm, imprezy okolicznościowe, takie jak urodziny, jubileusze, chrzciny, komunie, wieczory panieńskie i kawalerskie.

„Wyszynk” to z pewnością miejsce szczególne na mapie Krosna, nawiązuje do tradycji, do historii miasta i rodziny, która założyła go ponad 100 lat temu, a przede wszystkim lokal gościnny i życzliwy klientom, jak jego pierwsi założyciele – Józefa i Franciszek Krzanowscy.

Fotografie pochodzą z prywatnych zbiorów Wacława Krzanowskiego.

Reklama

7 komentarzy

  • Do Krośnianin1 – Nie tylko mieszkańcy Krosna ,,brali” buty z palącej się Wudety – licznie przybyli także mieszkańcy okolicznych wiosek A że musieli pokonać większą odległość nie było już pełnego asortymentu.Dlatego jesienią można było spotkać ludzi noszących dwa lewe lub dwa prawe buty gumowe. To samo dotyczyło numeracji.Podobno kompletacji dokonywano później

  • Krośnianin1

    Do Pana Andrea. Prawdopodobnie ma Pan rację. Ja to wiem tylko z opowieści, choć blisko mieszkałem. Wiem, że właścicielami Wudety byli żydowscy przedsiębiorcy i od ich nazwisk pochodził ten skrót, ale nigdy nie widziałem go napisanego i dlatego sobie to „dorobiłem”. Że Pan Krzanowski powiedział, że w Kawuerach były produkowane wyroby gumowe, to się nie dziwię, bo na pewno przechodzili zarówno pracownicy Kawuerów jak i Wudety i na pewno opowiadali, co robią w pracy. Słyszałem też, że gdy wybuchła II wojna, Wudeta się paliła i ludzie z całego krosna szli, żeby sobie wziąć gumiaki.
    Artykuł bardzo ciekawy. Może najciekawszy z artykułów na krośnieńskich stronach.

  • Pewnie i Wudety, ale to są tak odległe czasy, że Panu Seniorowi Krzanowskiemu z całym szacunkiem można to wybaczyć. Pamiętać takie rzeczy po tylu latach i to jeszcze z opowiadań, to cud, że to pamięta. Bardzo fajny artykuł, wspomnienia też piękne. Sama idea jest najważniejsza 🙂 Życzę temu lokalowi jak najlepiej!

  • Do Pana Krośnianin1 – zgoda w 99% – ten jeden procent dotyczy Wudety – nie funkcjonował skrót WDT-a. W oficjalnych dokumentach to Wudeta nazwa prawdopodobnie od nazwisk właścicieli Wurzela i Daara

  • Bardzo ciekawa historia. Znam lokal, bywam czasem w niedzielę na obiadku z dziećmi. Jest przytulnie, komfortowo, miła obsługa i smaczna kuchnia. Pracownicy zawsze są uśmiechnięci, życzliwi, porozmawiają 🙂 I ten kącik zabaw dla dzieci z bajkami. Mistrzostwo. Każdemu polecam. Pozdrawiam i do zobaczenia 🙂

  • Stanisław Hejnar

    Państwo Krzanowskich znam od 73 lat . Znałem Pana Henryka , Panią Marię , ich syna Wacława i jego rodzeńswo . Byłem ich sąsiadem który mieszkał naprzeciwko po drugiej stronie Wisłoka.

  • Krośnianin1

    Autor „zjadł” jedną literę w nazwie zakładu pracy. Nie „kwuery” lecz „kawuery” od skrótu KWR, czyli Krośnieńskie Warsztaty Remontowe, później ZNUN, ZUN a obecnie PGNiG. Jednak to nie w tym zakładzie produkowane były wyroby gumowe, lecz w tzw „wudecie” od skrótu WDT, które mieściły się przy obecnej ulicy Okulickiego, tam gdzie ulica Naftowa kończy się przejazdem kolejowym.

REKLAMA